Wiara czyni cuda.

Podczas dzisiejszej drogi tramwajowej do pracy przeżyłem zdarzenie, które sprawiło, że poczułem się jak niewierny Tomasz. Jedna z pań współpasażerek próbowała skasować bilet w kasowniku. Mimo jej usilnych starań, mimo wkładania biletu kilka razy i pod różnymi kątami, uparty kasownik nie manifestował żadnych oznak działania. Gdy pani ta, w obawie przed ewentualną kontrolą, przez osobników z gatunku "canaris vulgaris" (Kanar Zwyczajny), skierowała swe kroki do innego kasownika, druga pani siedząca tuż obok kasownika stwierdziła:
- Pani, bo to trzeba tak.... - i wymierzyła kilka porządnych uderzeń w bok kasownika, aż ten wykręcił się na metalowej rurze o kilka ładnych stopni.
- Ha, ha - pomyślałem - a więc ta dziarska pani uważa, że jest mądrzejsza od serwisantów komunikacji miejskiej i poradzi sobie z awarią kasownika zwykłym uderzeniem.
Po chwili jednak moja niewiara w bliźniego, manifestowana światu w postaci złośliwego uśmieszku, uleciała ze mnie bardzo szybko, gdy pani z biletem drżącą ręką postanowiła wprowadzić bilet w otwór kasownika. Kasownik ku mojemu zaskoczeniu zagrał wesoło dźwiękiem drukowania biletu, ku uciesze kilku pasażerów stojących najbliżej kasownika, a przede wszystkim ku uciesze pani ze świeżo skasowanym biletem. Co do mnie jeśli kiedykolwiek napotkam kasownik, który uparcie będzie odmawiał mi skasowania biletu dostanie ode mnie zdrowego kuksańca w bok.